sobota, 30 marca 2013

środa, 27 marca 2013

Nawilżanie z Hydratia Iwostin

Fundamentem pielęgnacji każdej cery jest nawilżanie. Jeśli o nie nie zadbamy, to wszystkie nasze działania pielęgnacyjne pójdą na marne i nie przyniosą oczekiwanych efektów.
Fizjologiczny krem z ceramidami Hydratia rodzimej marki Iwostin ma za zadanie dostarczyć naszej skórze odpowiednią porcje nawilżenia.


Producent zapewnia nas o jego dogłębnym działaniu nawilżającym, dzięki składowi bogatemu w rozliczne substancje nawilżające, które maja pracować również w głębszych patiach naskórka. Dodatkowo krem w wyniku zawartości ceramidów wzmacnia warstwę lipidową naskórka, chroniąc go również przed utratą wilgoci. Kolejnym atutem kosmetyku jest obecność wody termalnej z Iwonicza-Zdroju oraz niealergizujące działanie.



Kremik trafił do mnie rok temu, jako gratis do wody termalnej Iwostin. Szwendałam się po Super Pharmie, nie mogąc zdecydować, czy wolę zakupić wodę Avene, Vichy, a może La Roche Posay. Oglądałam te butle, porównywałam, wkładałam do koszyka, odstawiałam, aż w końcu zdecydował patriotyzm lokalny. Dopiero podczas płacenia rachunku w kasie otrzymałam ten gratis. Wtedy nie zainteresowałam się nim, myśląc prymitywnie, że jak za darmo, to pewnie bubel i wrzuciłam go na dno szuflady. 


Sięgnęłam po niego zimą, gdy stwierdziłam, że jednak ciężko mi bez kremu, a serum z kwasu hialuronowego i wybranego oleju nawilżają niedostatecznie. Dodatkowo rozpoczęłam akcję kwaszenia się, które w połączeniu z warunkami atmosferycznymi i CO w domu szybko doprowadziły do kompletnego przesuszu.
Wtedy przyjrzałam się znowu jego składowi:


Podoba mi się wysokie  umiejscowienie mocznika, ponieważ dzięki samorobnym mazidłom odkryłam jego nawilżającą moc. Trochę martwi obecność gliceryny, chociaż nie wiem na sto procent, czy mi szkodzi. Trochę w ogóle długaśny ten jego skład, na szczęście wolny od olejów mineralnych. Są też silikony, które niby poprawiają przyczepność kosmetyku, choć czy musiał tu producent pakować  cyclomethicone? Nie mniej kremik włączyłam do pielęgnacji. Stosuję go wieczorem na serum, używałam też rano w mroźniejsze dni z kroplą olejku arganowego (obecnie korzystam z brzozowego Sylveco na dzień).


Krem ma delikatną konsystencję, ale nie wodnistą. Jest dosyć lekki, szybko się wchłania, w momentach krytycznych musiałam ponawiać jego aplikację. Mogę napisać, że spełnia swoje zadanie - pomógł nawilżyć moje lico. Krzywdy również nie uczynił, ale ja wciąż jestem podejrzliwa wobec niego, bo nie akceptuję do końca jego składu. Może niesłusznie... Z drugiej strony mocno ciekawią mnie kosmetyki firmy Iwostin, pozostającej w cieniu zagranicznych konkurentów i nie tak medialnej jak oni.
Moja Hydratia dostępna jest w aptekach, kosztuje około 27 zł, ale otrzymujemy 75 ml wartościowego produktu.

A jak Wy zapatrujecie się na dermokosmetyki krajowego Iwostinu?

Pozdrawiam,



wtorek, 26 marca 2013

Taka cisza tu...

Jestem, żyję, nawet czytam, co u Was. Ogarnęła mnie jedynie niemoc pisarska. Niby mam pełno pomysłów w głowie, ale nie mogę coś ich obrobić, więc tymczasem przedstawię Wam link/jeden z filmików YT.
Może już się na Sharon natknęłyście, a jeśli nie - to proszę, spójrzcie. Dziewczyna jest fenomenalna. Zazdroszczę jej umiejętności zmalowania się, świadomości własnej twarzy i tego, co można zdziałać kosmetykami kolorowymi. No i tych wszystkich MAC-ów też jej zazdraszczam.

Zapraszam do kina :)




Pozdrawiam


wtorek, 12 marca 2013

DIY - peeling do ust

Zima nie odpuszcza, ale moje usta po prostu lubią być spierzchnięte przez cały rok. 
Nie rozstaję się z masełkami i ochronnymi sztyftami, a większość kolorowych pomadek pozostawia na mich wargach skorupkę. 
Zatem, by choć trochę wspomóc regenerację naskórka, umieszałam sobie domowy peeling do ust.



Mieszanina i procedura jej tworzenia są banalnie proste, ale jednak warta wspomnienia.
Do pojemniczka po kremiku włożyłam trochę, tak 2/3 wysokości opakowania olej babassu, a do tego dosypywałam ksylitol. Zamieszałam bagietką ... i gotowe!


Wiecie, że uwielbiam olej babassu i stale wymyślam dla niego godne zastosowania.
Składnik ten cudownie regeneruje i odżywia skórę, ma działanie odmładzające i foto-ochronne. Jego konsystencja przypomina miękkie masło, więc aplikując go na usta, nie musimy czekać, by się roztopił jak np. masło shea ani nie rozgniatamy sobie ust twardym glutkiem, gdy się spieszymy.
Drugi składnik - ksylitol ma drobniejsze kryształki, niż zwykły cukier, czy cukier trzcinowy, a więc nie ryzykujemy dodatkowego podrażnienia wrażliwego naskórka. W dodatku cukier brzozowy nie powoduje próchnicy zębów, dlatego też słodzę nim soki moich dzieci.

 
Mojego peelingu używam wieczorem, po umyciu zębów oraz za dnia przed przystąpieniem do makijażu, by jednak przygotować usta do jakiegoś malunku. 
Biorę odrobinę na palce i masuję wargi, nadmiar wycieram w chusteczkę higieniczną.
Po takim działaniu usta są pięknie zaróżowione, jędrne i gładkie. Wierzcie mi, tej zimy naprawdę nie sprawiają mi takiego kłopotu, jak we wcześniejszych latach.



Na koniec przyznam się, że pomysł na umieszanie tegoż specyfiku wpadł mi do głowy, gdy czytałam skład peelingu do ust pewnej firmy, więc nie do końca jest to moje autorskie dzieło, ale działa :)

Pozdrawiam


poniedziałek, 11 marca 2013

Kremik do buzi... do włosów! Apis Żurawinowa Witalność

Szukam, pewnie jak wiele z Was, mego idealnego kremu do twarzy. Czytam składy, dedukuję, i naprawdę nie wiem, który ze składników działa destrukcyjnie na moją cerę, mam tu na myśli wszelkich nieprzyjaciół wyskakujących tu i ówdzie. Niestety bez kremu też się nie mogę obyć.

Na początku bieżącego roku zoczyłam w miejscowym zielarskim sklepiku kremik lubianej przeze mnie firmy Apis - Żurawinowa Witalność w naprawdę sympatycznej cenie.



Oprócz ceny zachwycił mnie bardzo skład kosmetyku.


Widzicie wartościowe i bezpieczne oleje: winogronowy, słonecznikowy i arganowy. W kremiku zawarto też ekstrakt z żurawiny, aloesu oraz kolagen z elastyną dbające o jędrność powłok cielesnych, no i ma SPF 15, czyli całkiem fajnie jak na zimową porę. Trochę niepokoiła mnie ta gliceryna, ale naprawdę, trudno mi stwierdzić, czy ona ma szkodliwy wpływ na moje lico.

Zupełnie nie przypadł mi do gustu zapach  mazidła, mimo sporego zaangażowania, nie potrafiłam wyczuć żadnych żurawinek, a to ich oczekiwałam.

Konsystencja kremu jest bardzo lekka, wręcz jak pianka.


Trochę dziwnie się go aplikuje, bo jakby uciekał spod palców, ale co fajne szybciutko się wchłania. 
A muszę przyznać, że obawiałam się, że na powierzchni skóry zostanie tłusta, oleista powłoczka. Szybko przekonałam się, że to wchłanianie jest, aż nadto, gdyż cera pozostawała bez nawilżenia. Zima i dość intensywne kuracje kwasami sprawiły, że moja buzia chce pić jak nigdy, a omawiany kremik słabo się w tej kwestii spisał, co jednak gwarantował producent w swoim opisie.
Poszło więc to cudo w odstawkę i stanowi dowód na to, że nie zawsze kosmetyk z przyjemnym składem przypasuje naszej cerze.


Stał więc sobie Apisek pod lustrem w łazience, a ja myjąc zęby, zerkałam w ten jego zestaw składników i nie mogłam odżałować, że jednak nam nie wyszło, a nadmienię, że ma dość krótki czas przydatności po otworzeniu. Aż w końcu olśniło mnie: skoro ma tak wysoko w składzie oleje, a w tym arganowy, to może warto wrzucić go na włosy.
I chociaż zarzekałam się, że nie zdradzę olejów i olejowania, to rozpoczęłam kremowanie włosów.
W tej roli kremidło spisuje się bez zarzutów- wcieram je we włosy zwilżone wodą różaną, a rano zmywam. Włosom pasuje to działanie, pomimo kolejnego farbowania ani myślą być przesuszone.
Dodam jeszcze, że samo kremowanie włosów jest o wiele wygodniejszym procesem, mniej brudzącym, niż olejowanie. No i nauka taka, by nie od razu spisywać kosmetyk na straty, gdy nie spełni naszych oczekiwań.

Pozdrawiam






************************************************************************************

Jupi! Liczba Obserwatorów mojego bloga przekroczyła magiczną liczbę 100, więc muszę to uczcić rozdaniem. Zatem przed upływem tygodnia zamierzam je ogłosić. DZIĘKUJĘ!!!!

wtorek, 5 marca 2013

Muffinki, wcale nie na słodko

Chyba nie ma obecnie bardziej popularnego wypieku niż muffinki (moja koleżanka anglistka zawsze zżyma się na to spolszczenie). Te słodkie, to mój szybki pewniak na rozmaite spotkania i "goszczenie" się. Dziś zachciało mi się wersji wytrawnej, zwłaszcza, że zrobiliśmy się jakoś szybko głodni po obiedzie.
I tak, podpatrując internetowy zasób przepisów oraz weryfikując własne zasoby produktowe, umieszałam muffiny z żółtym serem,  szynką, suszonymi pomidorami i oliwkami.


A takie mniej więcej były proporcje na 12 babeczek:

* 2 szklanki maki pszennej,
* łyżeczka proszku do pieczenia,
* łyzka cukru,
* pół łyżeczki soli niskosodowej,
* ziółka: oregano, tymianek, bazylia,
* 3 łyżeczki suszonych pomidorów ( mam na myśli tę wersję jak przyprawa, nie w słoiku z zalewą),
* ser żółty i szynka pokrojone drobniutko , wg uznania, u mnie po plastrze,
* kilka pokrojonych oliwek
* 0,5 szklanki oleju,
* 0,5 szklanki mleka,
* 0,5 szklanki jogurtu naturalnego,
* 1 całe jajko i jedno żółtko.


W jednej misce mieszamy składniki suche, a w drugiej mokre. Mokre przelewamy do suchych, mieszamy i dodajemy ser, szynkę i oliwki, Mieszamy ponownie i wykładamy do foremek wyłożonych papilotkami. Pieczemy około 20-25 min w 180 stopniach Celsjusza i upajamy się, wydobywającym się z piekarnika aromatem wonnych ziół. 


Muffiny wytrawne są zdecydowanie mniej puszyste od tych słodkich.


Pyszne są jeszcze ciepłe, ale wystudzone również smakowite, w sam raz na drugie śniadanie.
I cóż, w naszym przypadku 12 sztuk okazało się ilością zbyt małą.
Przyznam, że nabrałam ochoty do eksperymentowania z innymi dodatkami, np. ze szpinakiem, fetą, itd.


Pozdrawiam,



poniedziałek, 4 marca 2013

Mobile mix #2

Zapraszam na kolejną porcję fotek...


Powyższe zdjęcia podrasowałam, korzystając z programu na mojego smartfona: pixlr-o-matic.
 Inni umilają sobie czas, grając w gierki na komórze, a ja obrabiam sobie zdjęcia i bawię się dodawaniem efektów:)

Pozdrawiam,

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...